Jestem zdruzgotana. Nie wiem co mam ze sobą zrobić, gdzie iść, gdzie się podziać. Czuję się, jakbym była rozbita na dwa kawałki, coś w deseń stracenia czegoś ważnego. W tym wypadku kogoś.
Najgorsze w tym jest to, że nawet nie wiem czym zawiniłam, dlaczego teraz postanowił to skończyć. Czy On nie widział jak bardzo go kocham? Okazywałam mu to, na każdym kroku. Może to właśnie był powód tego, że mnie zostawił? Byłam tak nachalna że się zniechęcił? A może po prostu zdał sobie sprawę że jestem beznadziejna? Szkoda, że właśnie teraz, kiedy zaczęłam się do Niego przywiązywać.
Zimny podmuch londyńskiego wieczoru przeszedł po moim ciele, powodując mimowolne drżenie mojego ciała. Założyłam gruby kaptur bluzy na głowę, zakrywając sobie nim pół twarzy. Było cholernie zimno, a do tego zanosiło się na deszcz. Gdybym od urodzenia tu nie mieszkała wzięłabym to, za coś depresyjnego, ale z czasem się do tego przyzwyczaiłam. Czas robi swoje.
Maszerując szybkim tempem w niewiadomym kierunku, oświetlana jedynie przez nawpół zapalone, przydrożne latarnie, co jakiś czas mijałam spacerujących spokojnie mieszkańców Londynu. Nadal rozmyślałam nad tym, co przed chwilą miało miejsce i nadal nie mogłam w to uwierzyć.
Cały czas zastanawiałam się, dlaczego chcę się ze mną spotkać akurat o 22:00 godzinie, ale uznałam że po prostu się stęsknił.
Zapukałam do drzwi jego mieszkania i czekałam aż ktoś mi otworzy. Nic. Zapukałam raz drugi. Znowu nic. Szybko napisałam do Niego smsa "Gdzie jesteś?". Po chwili odpisał "Ach, przepraszam. Siedzę na naszej ławce."
Trochę wkurzona tym, że nie powiedział mi tego wcześniej, skierowałam się w kierunku miejsca, gdzie wyznał mi to, że chciałby ze mną być. Pamiętałam to bardzo dokładnie, z każdym szczegółem.
Ławka ogólnie była dla nas bardzo ważna i mieliśmy z nią miłe wspomnienia. Minęłam ostatnie skrzyżowanie i zobaczyłam siedzącą sylwetkę chłopaka. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Tak bardzo go kochałam.
Kiedy już byłam niemal dwa metry od Niego w końcu mnie dostrzegł. Nie widziałam dokładnie jego twarzy ale widziałam że jest coś nie tak. Przywitaliśmy się i usiadłam obok Niego.
- To... co chciałeś? - kiedy usłyszałam swój głos sama się skarciłam. Pytanie brzmiało trochę niemiło. Od razu się zreflektowałam. - Znaczy... nie żebym się nie cieszyła czy coś, ale po prostu zaskoczyłeś mnie godziną spotkania. - uśmiechnęłam się do Niego przepraszająco, ale ku mojemu zdziwieniu nie odwzajemnił gestu.
- Ellie... wiesz jak bardzo Cię kocham, jak bardzo mi na Tobie zależy... - zaczął ale przerwał, aby spojrzeć mi prosto w oczy. Jego wzrok był dziwny, taki inny... - ale... - znowu przerwał, wpatrując się w ciemną nicość przed nami.
Każde kolejne słowo zdawać by się mogło, przychodziło mu z trudem, jakby bał się ubrać to wszystko w słowa.
Cierpliwie czekałam aż wznowi mowę.
Odszukałam wzrokiem jego dłonie, którymi miał przykrytą twarz. Łokciami opierał się o swoje kolana.
Chwyciłam jego jedną dłoń. Brunet zerknął na mnie trochę zaskoczony. Uśmiechnęłam się do Niego po raz kolejny i splotłam nasze palce, dodając mu tym samym otuchy. Chciałam żeby kontynuował.
- Nie mogę tak dłużej, po prostu nie mogę. - powiedział z bólem w głosie i zerwał się na równe nogi, rozdzielając tym samym nasze dłonie. - Chodzi o to że nie mogę dłużej z Tobą być. Nie pytaj dlaczego... i tak byś nie zrozumiała. Po prostu nie mogę i tyle. Kocham Cię ale... - nie docierało do mnie to, co usłyszałam. Mój mózg nie rejestrował. Wyłączył się. Nie chciał słuchać.
Jared podszedł do mnie, cmoknął mnie w czoło i odszedł szybkim krokiem. Widocznie nie miał już nic do powiedzenia albo nie chciał mnie bardziej zranić.
W tym momencie moje serce połamało się na milion kawałeczków.
Co się właśnie stało? On ze mną zerwał? DLACZEGO?
Zaczęłam płakać. Głośno i histerycznie. Nie obchodziło mnie już nic.
Od naszego zerwania minęły zaledwie dwie godziny. Przez cały ten czas zaczęłam się włóczyć bez celu.
Podobno południowa część Londynu jest niebezpieczna, ale moim zdaniem to tylko plotki. Jeszcze nigdy nie słyszałam o tym, aby kiedyś coś komuś się tutaj stało. Brednie i tyle.
Skręciłam w ciemną alejkę, w której nie było ani trochę światła. Po drugiej stronie ulicy stała jakaś knajpa. Słychać było głośną muzykę, a przez małe okna co jakiś czas rozświetlało dyskotekowe światło.
Po chwili wyszło stamtąd kilkoro ludzi. Nie widziałam ich zbyt dobrze, ale po głosie podejrzewałam że to czterech mężczyzn. Kiwali się na wszystkie możliwe strony świata i głośno się zachowywali.
Przyśpieszyłam, aby nie zagradzać im drogi. Podobno ludzie pod wpływem alkoholu są nieobliczalni i wszystko jest z Nimi możliwe. Chciałam ominąć wysłuchiwania niemiłych koemntarzy pod moim adresem i tyle. No może nie tylko... Obawiałam się, że do mnie podejdą.
Nagle któryś z Nich się odezwał.
- Hej mała! Poczekaj!
Potem usłyszałam gardłowy rechot reszty jego towarzyszy.
Zerknęłam przez razmię. Szli za mną.
- Nic Ci nie zrobimy! - krzyknął tym razem drugi.
Zaczęłam iść coraz szybciej. Gdybym ruszyła biegem pewnie zaczeliby mnie gonić, a tego chciałam uniknąć.
Nagle poczułam mocny ucisk na moim przedramieniu i ktoś mnie zatrzymał. Staliśmy w ciemnościach. Jedynie jedna lampa oświetlała kawałek ulicy, reszta chyba była nieczynna.
Zrobiło mi się sucho w gardle, strach przepełnił mnie całą i wygonił z myśli wszystko, co było związane z Jaredem. Nie wiedziałam co zaraz nastąpni. Czy mnie pobiją czy zgwałcą ale chciałam jak najszybciej stąd uciec.
Cała piątka mężczyzn mnie okrążyła, tak, że zagrodzili mi jakiekolwiek miejsce do ucieczki. Przybliżali się coraz bliżej. Bez słowa. Jeden dotknął mojej ręki, drugi dotknął moich włosów. Nie wiem co chcieli mi zrobić, ale z każdą sekundą popadałam w większą histerię i w większy strach.
Wtedy usłyszałam głośny pisk opon dobiegający z ulicy. Szybko zerknęłam na to, co się dzieje.
Czarny samochód pędził wprost na nas, chociaż byliśmy na chodniku. Reflektory osłaniały nas wszystkich.
Mężczyźni odrobinę się cofnęli, w obawie że samochód ich potrąci, wtedy głośno się zatrzymał. Ze środka wyszedł jakiś chłopak.
W tym świetle dokładnie mogłam zobaczyć jak wygląda. Blond włosy, ciemne ubranie. Oczu nie widziałam. Podążał szybkim krokiem w naszym kierunku.
Zerknął szybko na mnie, a potem wzrok przeniósł na tamtych.
Ściskało mnie w żołądku, nie wiedziałam co się dzieje.
- Czego tutaj chcecie? - warknął ten z samochodu.
Dwaj mężczyźni lekko się zakołysali pod wpływem ilości alkoholu, jaką mieli w krwi.
- Nic wielkiego. - odezwał się jeden. - Chcieliśmy się tylko zabawić - skinął głową na mnie.
Blondyn zacisnął szczęki i kolejny raz na mnie spojrzał aby zbadać sytuację.
- Dziewczyna jest przerażona. - zauważył. Mężczyzna, który pierwszy się do mnie odezwał, wzruszył ramionami. - Nie widzę aby chciała się z Wami zabawiać - dodał, akcentując ostatnie słowo.
Stałam w bezruchu, gdy jeden z Nich mocno chwycił mnie za ramię i pociągnął do siebie, abym nie miała sposobu aby uciec. Byłam tak zdębiała że nawet o tym nie myślałam. O niczym nie myślałam. Kiedyś sądziłam że to niemożliwe, ale teraz doświadczyłam tego, że jednak jest.
Blondyn szybko zareagował. Ominął tamtych dwóch z przodu i stanął przed nami.
- Puść ją. - powiedział to takim tonem, który oznajmiał że On tutaj rządzi i nie dopuszcza sprzeciwów. Mężczyzna który mnie trzymał tylko się gardłowo zaśmiał. Nie wyczuwał tej siły głosu, jaką miał blondyn.
- Żeby nie było, że nie ostrzegałem - odezwał się i przyłożył mu jeden siarczysty cios w twarz, tak, że ten aż się skulił. Od razu ruszyła na Niego reszta jego kolegów. Usunęłam się pod ścianę.
Blondyn wszystkich po kolei okładał ze wszystkich sił.
Nie wiem dlaczego to robił. Nie wiem dlaczego mi pomagał. Nie wiem skąd wiedział że jest tu ktoś taki, kto potrzebuje pomocy. W tej chwili chciałam jak najszybciej stamtąd uciec. Bałam się go, ale i też byłam mu wdzięczna.
Cała czwórka mężczyzn leżała teraz na chodniku. Wszędzie widziałam krew. Nie wiem czy żyli. Możliwe. Jeśli tak, to byli w kiepskim stanie.
Blondyn szybko i mocno chwycił mnie za nadgarstek i poprowadził czym prędzej do swojego samochodu. Mimo że akcja przebiegła szybko to nadgarstek bolał mnie niemiłosiernie. Nie dziwiłabym się, gdybym miała siniaki. Teraz się to nieliczyło.
Chłopak kazał mi szybko wsiadać do środka, więc to posłusznie zrobiłam. Nie chciałam mu się sprzeciwiać.
Zamnknął za mną szybko drzwi i wszedł do samochodu zaraz za mną, zajmując miejsce kierowcy. Odpalił samochód i z piskiem wziął wsteczny. Teraz liczył się tylko czas.
Wyjechaliśmy z miejsca zdarzenia. Jechaliśmy 150km/h. Chłopak był zajęty drogą. Nie wiem gdzie mnie wiózł ale zaczynało mnie to przerażać. Jeszcze byłam w szoku po tym, co zobaczyłam.
- Gdzie- Gdzie jedziemy? - zdołałam się zapytać. Czekałam aż odpowie. Jego niebieskie oczy wpatrzone był tylko w drogę przed sobą.
Nie uzyskałam odpowiedzi.
- Nie jesteś stąd.
Usłyszawszy jego głos aż podskoczyłam ze strachu.
To nie było pytanie, a stwierdzenie, ale na wszeli wypadek odpowiedziałam.
- Nie. - patrzyłam się na jego ostre rysy twarzy. Zbadałam całą jego twarz, tak, że spokojnie mogłabym napisać o niej esej na colage. Potem mój wzrok powędrował na jego dłonie. Całe były w krwi. Intstynktownie spojrzałam na swój nadgarstek. Zaschnięta krew była gdzieniegdzie i nadal bardzo bolał. Znowu przypomniało mi się to, co zrobił w tamtej aleji, ale nadal nie wiedziałam dlaczego. Postanowiłam chwile poczekać. Nie chciałabym być zbyt nachalna, ale chęć dowiedzenia się tego, dlaczego mi pomógł zwyciężyła.
- Dlaczego mnie uratowałeś? - zapytałam cicho.
Chłopak po raz pierwszy od czasu, kiedy byliśmy w samochodzie spojrzał na mnie. Jego wzrok zdawałby się przewiercać w moim ciele. Patrzył się tak na mnie krótko, ale intensywnie.
- Nie wiem. - powiedział po chwili i znów zaczął patrzeć się na drogę przed nami.
Nic z tego nie rozumiałam. Nie wie dlaczego mi pomógł?
- Kim jesteś? - zapytałam po chwili ciszy.
Chłopak cicho się zaśmiał. Jego śmiech przypominał zwykły śmiech i przez chwilę zaczęłam na Niego patrzeć jak na zwykłego chłopaka. To zupełnie mnie zbiło z tropu.
- Mężczyzną.
Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam... Najwyraźniej nie chciał mi powiedzieć, albo takie głupie pytania zadawałam. A może to i to? W każdym bądź razie dowiedziałam się tego, że wie że nie jestem stąd. Nie wie dlaczego mnie uratował i że jest mężczyzną. Pierwsze lody przełamane.
- Jak masz na imię? - zapytałam tak głupie pytanie, że po chwili puknęłam się w czoło, uświadamiając sobie że jestem idiotką.
- Musisz zadawać tak dużo pytań? - zapytał się mnie z nutą zdenerwowania.
- Dziewczyny przeważnie dużo mówią... - mruknęłam i zaczęłam wpatrywać się w drzewa za oknem, które co sekundę znajdowały się za naszym tyłem.
Zdecydowanie to nie było centrum miasta. Odjeżdżaliśmy w zupełnie innym kierunku i to, zaczęło mnie martwić. W końcu nie wiem gdzie ten chłopak chce mnie zabrać... co chce ze mną zrobić. Cholera. Znowu do myśli wkroczył Jared. Przez ten cały czas ani przez chwilę o Nim nie pomyślałam. To ze względu na to wszystko. Na to niebezpieczeństwo. Na wyczyn tego chłopaka... MĘŻCZYZNY z którym teraz jadę w samochodzie.
Jest starsznie tajemniczy, pokazał że i niebezpieczny, groźny ale też wzbudza miłe wrażenie, nie biorąc pod uwagi tego, co zrobił.
Kto wie, może jest przewodniczącym jakiejś londyńskiej mafii i teraz chcę mnie wywieźć do lasu, zabić i zakopać w jakimś dole? W końcu widziałam co zrobił. Może mieć przez to problemy a ja mogę go wydać? CHOCIAŻ URATOWAŁ MI ŻYCIE.
Usłyszałam dzwonek telefonu, z pewnością nie mój. Zerknęłam kątem oka w bok.
Chłopak sięgnął po wibrujący telefon z wkurzającą melodyjką, który leżał na desce rozdzielczej. Odebrał.
Słyszałam jak człowiek po drugiej słuchawce coś mówi. Niczego nie dało się zrozumieć.
Chłopak wysłuchiwał tego wszystkiego w milczeniu, kierując tylko jedną ręką samochodem.
Tamten zaczął głośno wykrzykiwać cos mu do słuchawki.
- Mów ciszej idioto. - zerknął na mnie, a ja speszona odwróciłam wzrok.
Z pewnością nie chciał abym usłyszała co tamten drugi mówi.
Tamten musiał spytać się dlaczego, bo blondyn odpowiedział mu krótkim: "zobaczysz już niedługo."
Przełknęłam głośno ślinę. Mogłam podejrzewać że to nie będzie wesoła przejażdżka wokół Londynu. Blondyn celowo wyjechał z miasta.
Chłopak wymamrotał coś do telefonu, tak abym tego nie zrozumiała i się rozłączył. Położył telefon na miejsce tak zamaszyście że aż podskoczyłam.
- Boisz się mnie? - zapytał.